fbpx

Szanowni Państwo, 

nazywam się Paweł Paniec i będę dla Państwa prezentował cykl wykładów zatytułowany Gdańsk i jego wartości.

o Gdańsku i jego mieszkańcach powstało wiele narracji, więc można by nabrać przekonania, że wszystko zostało powiedziane. Wielokrotnie wypowiadali się artyści, historycy, socjologowie i politycy, ale mimo to postanowiliśmy zaryzykować stworzenie kolejnej opowieści, z nieco innej perspektywy. Chcielibyśmy spojrzeć na to miasto i jego mieszkańców okiem filozofa. 

Na tym polu, jak sądzę, jest jeszcze wiele do zrobienia. Gdańsk, a przez to i jego mieszkańcy, to w moim przekonaniu miasto, które szczególnie potrzebuje tego typu namysłu, który pyta o przyczyny, szuka uzasadnienia dla swojego tu i teraz, a także potrzebuje klucza do swojej przeszłości.

Z tego powodu warto chyba postawić tezę, że Gdańsk można potraktować jako projekt filozoficzny i w toku tego, a potem kolejnych naszych spotkań postaram się takie spojrzenie uzasadnić, a także pokazać Państwu, jakie mogą płynąć z tego pożytki, co prawda patrzenie na wysiłek intelektualny z punktu widzenia płynących z niego korzyści zazwyczaj oburza filozofów, to jednak pozostanę przy takim założeniu. Dlaczego? Dlatego, że gdańszczanie w toku całej swojej historii dbali o to, żeby ich działania były nakierowane na konkretny efekt. I tej tradycji się trzymajmy.

Myśl o  tym, że Gdańsk to projekt filozoficzny, narodziła się we mnie jakiś czas temu, a impulsem do tego było hasło, które widnieje na jednej z postaci gdańskiego herbu. Bo Gdańsk posiada dwie odmiany swoich symboli. Jeden znany powszechnie: na czerwonej tarczy dwa ustawione w słup krzyże a nad nimi korona. Ale jest też, mniej znany osobom, które nasze miasto dopiero zaczęły poznawać, tzw. herb wielki w którym herb Gdańska jest podtrzymywany przez dwa lwy, a w podstawie znajduje się wstęga z dewizą, która brzmi Nec temere, nec timide. Możemy przetłumaczyć to jako “Bez strachu, ale z rozwagą”, “nie zuchwale, nie strachliwie”. 

To taka sentencja wskazująca z jakim wzorcem postępowania powinni identyfikować się gdańszczanie, pokazująca drogę środka między skrajnymi odruchami serca, ale proszę zwrócić uwagę, że choć mówi ona nam “jak”, to nie mówi nam “co”, ani nie mówi “dlaczego”. A kiedy padają takie zasadnicze  pytania, to stajemy już na polu filozofii. Myślę zatem, że w takim sformułowaniu tradycja i kultura Gdańska w całej swojej rozciągłości “puszcza do nas oko”, każe pytać i szukać właściwego zrozumienia sensu tych słów, powodów i celu swoich dążeń. A to jest właśnie projekt filozoficzny.

Spróbujmy zatem podjąć grę, której reguły wyznaczyli nam dawni gdańszczanie, którzy takie stoickie hasło wyryli w kamieniu, żeby trwało przez wieki. W świetle tego zastanówmy się, co to jest Gdańsk i kim są jego mieszkańcy. Kolejna kwestia to że takie postawienie pytania, może wydać się próbą zastanawiania nad rzeczami  oczywistymi, bo czyż nie wiadomo, że Gdańsk to miejsce o określonych współrzędnych na mapie, to obszar zamknięty dokładnie wytyczonymi granicami obejmującymi jego powierzchnię. A gdańszczanie? No wiadomo, to osoby tam zameldowane. Ponadto można przytoczyć szereg danych demograficznych, raportów z badań socjologicznych, historycznych itp. Na podstawie tego wysnuwamy wnioski, które w formie popularnych uogólnień znamy i które sprawiają, że gdy ktoś mówi o Gdańsku lub o gdańszczanach, to ktoś inny odpowiada mu “aha”, “no wiadomo przecież”, “no tak, tak”. 

Zróbmy eksperyment myślowy. Zastanówcie się Państwo sami, co przychodzi Wam na myśl, kiedy mówię “Gdańsk” i “gdańszczanie” i to właśnie będę te oczywistości. Czy jest sens zatem stawiać pytania, na które one odpowiadają w sposób przecież satysfakcjonujący? W moim przekonaniu tak, bo zakładając, że oczywistości te nie są zwykłymi stereotypami, to najczęściej podatne są na przynajmniej trzy ryzyka, których warto się wystrzegać.

Po pierwsze oczywistości są uproszczeniami. To jeszcze nie musi o nich źle świadczyć, bo na co dzień wystarczają nam, by zaspokoić potrzeby poznawcze. Nawet jako turyści często zadowalamy się tą dawką wiedzy, która została przygotowana dla naszej przyjemności, żeby nie wprowadzić elementu wysiłku do naszego zasłużonego przecież wypoczynku. A zatem parę przyjemnych migawek: fontanna Neptuna, Dwór Artusa, Żuraw i GoldWasser i nie ma obowiązku, by z Gdańska wywozić cięższy bagaż.

Ale warto, bo to, co się nie mieści na pocztówce z wakacji, to może być treścią pięknego albumu, który przywieziemy w walizce, a nawet ten ostatni nie odda uroku i bogactwa realnego miejsca, ani nie zastąpi unikalnej wiedzy na jego temat, a tym samym możliwości indywidualnego odnalezienia się w miejscu takim jak Gdańsk. Miejscu o złożonej historii i miejscu w którym splatały się liczne ludzkie ścieżki.

Po drugie oczywistości najczęściej są jednostronne. Nie zachęcam nikogo by jako turysta czy mieszkaniec zaglądał na zaplecze każdego zabytku, choć może to być źródło ciekawych odkryć. Jednak jeżeli jednostronność dotyczy nie widoków, ale formułowanych sądów i opinii, bardzo często sprawia to, że ich wartość poznawcza może okazać się niewielka. Szczególnie jeśli dotyczą miasta takiego jak Gdańsk i społeczności takiej, jaką stanowią gdańszczanie. Obrazowo mówiąc poglądy podparte tylko z jednej strony, to konstrukcje mało stabilne. Nie polecam się na nich opierać. Jak bardzo ryzykowne jest to w Gdańsku niech pozostanie celem osobnych rozważań.

Trzecia ze wspomnianych cech oczywistości to ich podatność na dezaktualizację. Zapewne kojarzą Państwo definicję prawdy, którą z góralską swadą sformułował Józef Tischner. Sprawdza się ona doskonale nie tylko w górach, ale również nad morzem, na drugim końcu Polski. A zatem jeżeli mamy trzy prawdy “Świntą prawdę”, “tyz prawdę” i “g… prawdę” i ustawimy je na osi czasu, to możemy przegapić moment, w którym nasze oczywiste sądy ze świętej prawdy przejdą w tą trzecią, a my zostać z nią, jak z ręką w… no wiadomo gdzie.

A zatem z oczywistościami proszę Państwa jest jak z powietrzem w oponach albo płynem w chłodnicy naszego samochodu. Raz na jakiś czas trzeba sprawdzać. Zaniedbanie kosztuje 😉

Skoro już zasiałem trochę wątpliwości względem opierania swoich poglądów na tym, co “i tak wszyscy wiemy” to wróćmy do podstawowego pytania. 

Tradycyjny porządek definiowania każe nam zapytać o to , czym jest Gdańsk w nadziei, że to nam pozwoli zrozumieć, kim są gdańszczanie. W tym przypadku nie jest to jednak takie proste. 

Pozwolę sobie zrobić jeszcze jeden zwrot toku wykładu, aby wytrącić Państwa z kajdan poznawczych, jakimi są oczywistości i postawię problem trochę przewrotnie. Zamiast zapytać, czym albo jaki jest Gdańsk, zapytam czy w ogóle istnieje coś takiego jak Gdańsk?

Ponownie zaznaczę, że nie mam tu na myśli tego rozumienia istnienia, które określa fizyczność i geografia. Pytam czy istnieje Gdańsk, jako to, co jest przedmiotem naszych myśli które ku niemu kierujemy. Kiedy już chwycimy się jakiejś idei, która by go określała, okazuje się, że potrafi dobrze ująć jego istotę, ten wymyka się zgrabnie ukazując inne swoje oblicze, a czasem nawet zaprzeczając temu, co wydawało się nam takie pewne.

Próba poznania Gdańska i zrozumienia istoty tego zjawiska jest jak flirt, niby jesteśmy poważnymi badaczami, a w obliczu bogatego materiału źródłowego nabiera się wrażenia, że, cytując popularną piosenkę, bardziej chodzi o gonienie króliczka, niż o to by złapać go. Go albo ją, bo czasem myślę, że z Gdańskiem jest jak z piękną kobietą, która w toku swego życia wzbudzała pożądanie wielu zuchwałych mężczyzn, a wszyscy oni odeszli z niczym. Na bazie takich doświadczeń wyrasta mnóstwo literatury, której autorzy pretendują do miana dziejopisów, ale uważne badania wykazały, że niejednokrotnie więcej mówi o autorach niż o przedmiocie rozważań. 

A teraz wyobraźmy sobie, że Gdańsk – nasza urodziwa panna prowadziła również własne zapiski, a zatem znaleźlibyśmy się u źródła wiedzy, ale jak głosi łacińska sentencja Nemo sunt iura in causa sua – nikt nie powinien być sędzią we własnej sprawie, więc badacze również i źródłom pisanym tu, na miejscu przyglądają się z naukową podejrzliwością poszerzając pole niepewności.

Wracając do wątku nieistnienia Gdańska, proszę rozumieć go w kontekście pewnego rozczarowania, jakie rodzi się w zapalonym badaczu, który spodziewa się, że wobec ogromu dziedzictwa materialnego, jakie to miasto wytworzyło, tak wiele kwestii pozostaje nierozstrzygniętych. 

To wbrew pozorom wątek bardzo istotny, bo zdradza nam coś o tym, jakie to miasto jest – dyskretne, tajemnicze. Nie wiem, jak Państwa, ale mnie to nie zniechęca, wprost przeciwnie, intryguje, pociąga, inspiruje do dalszych poszukiwać. W świetle tego chyba przywołana wcześniej analogia do flirtu staje się bardziej, proszę wybaczyć wyrażenie, namacalna.

Ale sięgnijmy po przykłady pokazujące jak trudno jest jednoznaczną prawdę o Gdańsku uchwycić.

Czasami nadzieje na poznanie istoty rzeczy pokładamy w ich nazwach. Zgodnie z biblijnym powiedzeniem “Na początku było Słowo” przyjrzyjmy się pierwszym słowom o Gdańsku. 

Pierwsza pisana wzmianka o naszym mieście pojawia się w Żywocie św. Wojciecha, który podążając z misją nawracania Prusów, krótko przed tym, jak zginął z ich ręki odwiedził miejsce o nazwie “Gyddanyzc”. Jest to najprawdopodobniej łacińska transkrypcja używanej wtedy nazwy. Inne  średniowieczne kroniki podawały inne zapisy takie jak Kdanzc, Danzk, Danczig i w końcu znane nam po współczesność polskie Gdańsk, niemiecki Danzig w łacińskim piśmiennictwie obecne jako Gedania i Dantiscum. 

Pochodzenie tych nazw tłumaczono na wiele sposobów. Nazwy zaczynające się od “Dan…” miały być dowodem na to, że miejsce to związane było z Danią – np. Danz – Wyck czyli duński kasztel, niektórzy doszukiwali się powiązań tych słów z Gotami – z gockim szańcem wspominanym przez biskupa Jordana, dowodząc germańskiego pochodzenia tutejszej kultury, ale jak wiadomo historię piszą zwycięzcy, więc w ostatnich dziesięcioleciach za obowiązujące uznaje się teorie wiążące nazwę z jej słowiańskim rodowodem i tak Gdańsk zyskał swe miano podobnie jak otaczające go osady od nazwy rzeki, nad którą powstał, czyli Gdani, bo tak miała nazywać się wtedy Motława. Inni twierdzą, że chodziło o używany przez ówczesnych mieszkańców tych ziem przymiotnik określający teren podmokły, wilgotny, na którym osadę wzniesiono, czyli bagno z którego Gdańsk wyrósł faktycznie i etymologicznie.

Tak obfita i oryginalna twórczość jeśli chodzi o teorie tłumaczące pochodzenie nazwy to według mnie wyraz wspomnianej namiętności, którą to miejsce wzbudza, a dla badacza to sygnał, by być ostrożnym w faworyzowaniu hipotez. Za tą mnogością kryje się tajemnica. Tajemnica to niezbywalny atrybut Gdańska od samego początku.

Tajemnice i zagadki przemijają, łowcy przygód szukają nowych, zasoby każdego eldorado zostają wyeksploatowane, a zatem i tajemniczość Gdańska powinna stracić na swojej atrakcyjności. A jednak wieki mijają, a namiętność coraz rozpala się na nowo i rzesze nowych ludzi którzy gotowi są oddawać swe serca temu miejscu. Skąd się biorą i czemu akurat tutaj?

Pomyślmy o pewnych symbolach.

Cofnęliśmy się do początku pisanych dziejów Gdańska, był to rok 977, tysiąc lat później gdańszczanie hucznie obchodzili 1000 lecie swojego miasta. Rozpaleni tym entuzjazmem włodarze miasta postanowili z przytupem wejść w nowe tysiąclecie i w 2000 roku na Górze Gradowej górującej nad centrum Gdańska postawiono Krzyż Milenijny. Wymowa tego gestu była szeroko dyskutowana od Przeróbki po Żabiankę, od Nowego Portu po Zakoniczyn. Jak zazwyczaj starły się stanowiska zwolenników i przeciwników, ale nie inwestycja doszła do skutku i teraz nie sposób zwiedzając Gdańsk przegapić takiej dominanty.

Symbolika krzyża jest przede wszystkim związana z aspektem religijnym, w tym przypadku dodano wątek historycznej i cywilizacyjnej spuścizny. Natomiast ja, choć nigdy nie byłem entuzjastą tego pomysłu, pomyślałem sobie wtedy, że ten krzyż jest bardzo adekwatny względem miejsca, w którym stanął – względem Gdańska.

Pomyślcie Państwo o tym, że krzyże stawiano kiedyś na rozstajnych drogach. Ich funkcja była bardziej magiczna niż religijna, bo miały swoją mocą odpędzać złe duchy, które jak wierzono szczególnie ceniły sobie skrzyżowania, jako doskonałą okazję do mylenia dróg nieszczęsnym wędrowcom.

Rozstaje dróg. Oto czym Gdańsk był od swych początków. Myślę, że od tych, które archeolodzy datują nawet kilkaset lat wcześniej niż świadectwo Żywota Świętego Wojciecha. Rozstaje dróg to miejsce o wątpliwej namacalności. Jeszcze nie tu, ale już nie tam, miejsce wyborów, decyzji, miejsce, w którym trzeba się określić. Skąd jestem, dokąd idę, w jakim celu. Wędrowcy są prowokowani do stawiania sobie takich pytań. 

Odpowiedzi, jakich sobie udzielali gdańszczanie przez wszystkie wieki trwania tu osadnictwa były ściśle pragmatyczne, ale jednocześnie, jak to na rozstaju dróg, jak to na granicy, spojrzenia mieli skierowane gdzieś w dal. W te miejsca z których napływały towary i w te miejsca, do których te towary miały zostać skierowane. Kiedy mówię, że Gdańsk nie istnieje, to wyrażam pewną sprzeczność, która tkwi w istocie tego miejsca, w którym się jest, będąc jednocześnie gdzieś indziej. Od kupca, który robił milionowe interesy dzięki zbożu płynącemu Wisłą z głębi Polski i wysyłanemu do Niderlandów czy do jeszcze bardziej odległej Anglii. Po wyrobnika z dołów gdańskiej społeczności, który dzięki toczącej się nad jego głową wymianie towarów, zarabiał na swój skromny chleb powszedni. I jeden i drugi, choć z nogami w nadmotławskim błocie               żyli tym, co działo się w innych stronach świata. 

A do tego ci, którzy przez to miejsce przepływali, przystawali tu na chwilę tylko po to , by zostawić część swojej odmienności, zaspokoić tutejszą ciekawość świata, dać doświadczyć tego, czego tu nie było.

Gdańsk to miejsce, gdzie od wieków dotykało się świata, gdzie można było mu się przyjrzeć nie wychodząc poza mury miasta. Gdańsk oferuje stan ducha, w którym wierzy się, że właśnie zjadło się ciastko i nadal ma się ciastko, a na dodatek zaraz przypłynie następne. Taka perspektywa sprawiała, że ludzie na całym przebiegu dziejów ciągnęli tutaj, by znaleźć się w tym uroczym stanie ducha, by zapewniać temu dziwnemu miejscu w (a może poza) przestrzenią i czasem stały dopływ adoratorów naszej nadobnej panny o nazwisku Gdańsk. Szczególnie, że historia sprzyjała temu, żeby coraz to nowi ludzie mieli możliwość znaleźć tu swoje przeznaczenie.

I może właśnie tu warto przesunąć nasze rozważania o tożsamości tego miejsca, o jego istocie, istnieniu czy nieistnieniu na pole historii, gospodarki i polityki. Tutaj również mamy do czynienia z ciągłą transgresją, brakiem stałości (oczywiście mówię to z perspektywy 1200 lat historii) ciągłymi zmianami, otwieraniem się projektów nowych, porzucaniem nieraz bez wyraźnego końca starych. Mamy przed oczami sytuację w której ciężko uchwycić coś stałego, bo kiedy już wydawało się, że Gdańsk osiągał skrystalizowaną formę koło fortuny obracało w niwecz jego moce.

Może właśnie historia ukazuje nam istotną cechę tego miasta, kolejną sprzeczność jego istnienia – kruchość i niepewność jutra. To może dziwić, kiedy mówimy o mieście, które przez wieki potrafiło przyćmiewać swoim blaskiem większość miast europejskich, a jednak jak mało które doświadczyło wzlotów i upadków o  częstotliwości przypominającej zwroty akcji w dzisiejszych produkcjach kina sensacyjnego. 

Gdańsk – miejsce, która rozpala wyobraźnię. Które jest obietnicą romantycznej przygody, obietnicą życia takiego, jak nigdzie indziej. Miejsce z marzeń i snów przyciągało również 

spragnionych władzy i bogactw.  

Nie tylko ludzie zmieniają kierunki na tym rozstaju dróg. Tak dzieje się również z historią.

Militarna i gospodarcza rola osady u ujścia Wisły do Bałtyku nie tylko dawała siłę i szansę na rozwój, ale również stanowiła zagrożenie. Jeśli marzycie o miejscu, które omijają rwące prądy historii, to na pewno nie jest nim Gdańsk. 

W swoich początkach, które znamy tylko z wykopalisk, był osadą rybacką, w której mieszkańcach rodziła się smykałka do handlu. Otwarty na morze, był zagrożony agresją krążących po Bałtyku plemion z północy, więc musiał szukać oparcia w głębi lądu.  

Potencjał lokalizacji dostrzegł książe Mieszko budując tu gród. A ponieważ działalność gospodarcza i militarna nie były w tamtych czasach od siebie zbyt oddalone pojawili się liczni chętni do “wrogiego przejęcia” Mieszkowej inwestycji. 

Szczególnie aktywni w tej materii byli niektórzy książęta niemieccy, a krystalizujące się dopiero państwo Polan nie radziło sobie zbyt wydajnie z utrzymaniem swoich północnych rubieży.  

Tutejsi książęta pomorscy na zmianę konkurowali lub współpracowali z chętnymi do czerpania profitów z dobrze ulokowanej osady władcami silniejszych państw sąsiednich, a w Gdańsku będącym przedmiotem tej gry już wtedy musiała kiełkować myśl o upodmiotowieniu, bo choć mało skuteczne, pojawiały się próby powiększania pola autonomii. 

Jako przykład takiej sytuacji można  zapewne interpretować wydarzenia związane z tzw. rzezią gdańską, kiedy w 1308 roku zakon krzyżacki przejął panowanie nad Gdańskiem brutalnie eksterminując jego mieszkańców. Co do liczby ofiar nie ma zgody, sprawcy przyznawali się do kilkunastu i to jeszcze zgładzonych w majestacie prawa, a oponenci posuwali się do zarzutów wymordowania nawet dziesięciu tysięcy osób. Jak dla miasta o liczebności kilku tysięcy głów byłaby to zawrotna liczba. Jak by nie było, mimo rozbieżności i braku potwierdzenia którejkolwiek z wersji, pewnym jest, że ludność tutejsza zdecydowanie była gotowa bronić swojej podmiotowości, że ujawniały się marzenia o autonomii, które w czasach feudalnych nie były mile widziane.

Krzyżacy w końcu przejęli panowanie nad miastem na niemal 150 lat i nie był to okres dla miasta niepomyślny. Rozwinęło się w zakresie handlu i rzemiosła. Stanęła w nim największa ceglana budowla ówczesnej europy – Bazylika Mariacka. Działał największy w na kontynencie zakład przemysłowy – Wielki Młyn. Przez port przepływały liczne towary zapewniając solidne zyski mieszkańcom. A jednak robak niechęci do zwierzchności i dzielenia się zyskami toczył gdańszczan, którzy wzniecali kolejne bunty przeciw nadzorcom spod znaku czarnego krzyża i trudno mi uwierzyć, że przyczyną była tylko nadmierna eksploatacja ekonomiczna tutejszej ludności. Gdańszczanie wyraźnie nie chcieli zwierzchności nad swoimi interesami i mieli świadomość, że mogą sobie pozwolić na takie śmiałe patrzenie na swoje miejsce w świecie.

Śmiałe, ale nie zuchwałe. Bo konsekwentne dążenie do tego celu trwało, jak powiedziałem 150 lat, a można by dodać lata poprzednie, kiedy Gdańsk musiał znosić innych władców. A jednak dojrzał do samodzielnego funkcjonowania. Choć w deklaracjach uznawał się za miasto poddane polskiemu królowi, to w rzeczywistości zapracował na swoją niezależność. Wspierając wysiłki monarchy w budowaniu silnej Rzeczypospolitej Obojga Narodów, miasto wywalczyło dla siebie przywileje dające mu gwarancję solidnego trwania i mnożenia profitów ze swego dogodnego położenia na rozstajnych drogach. Tu można by pomyśleć, że złe duchy zostały odegnane, a przed gdańszczanami tylko świetlana przyszłość.

Gdańszczanie stworzyli organizm, który wyrażał wspomniane wyżej cechy, marzenia i pragnienia. Prawie dwa wieki trwał twór, który bywa nazywany republiką miejską. Własna władza, własna gospodarka, własna polityka. Niezależność i potęga, rozległe wpływy obejmujące niemal cały świat. Gdańskie skrzyżowanie dróg miało się doskonale. Ale świat nie stał w miejscu i podróżni, którzy chcieliby skierować tu swoje kroki z czasem stali się dla miasta źródłem jego późniejszych problemów.

Wolność nie jest dana za darmo, a jej cena na światowych giełdach się zmienia. Gdańsk wieków XV – XVII stać było na taki luksus ustrojowy, którego nie doświadczały inne miasta europejskie. Ale w cena niezależności zaczęła zwyżkować, a Gdańsk, który wygodnie rozsiadł się na rozstajnych drogach zatrzymał się u szczytu swojej potęgi. Pilnując interesów niezbyt śmiale a nazbyt ostrożnie nie zaradził temu, że rynki zbytu jego podstawowych towarów zaczęły się kurczyć. Dbając o swoje bezpieczeństwo starał się stawać na możliwie neutralnych pozycjach w konfliktach między sąsiadami i partnerami handlowymi, aby nie opowiedzieć się po stronie tych co tracą. Ale ostrożne inwestycje przynoszą mniejszą stopę zwrotu. Dbając o własny interes nie wykazywał zbyt wielkiej troski o jego źródła. A te zaczynały wysychać. Gdańsk, który miał możność wpływania na procesy polityczne w Rzeczypospolitej wystąpił w roli takiej, jaka była właściwa polskiej magnaterii tego czasu, czyli zadbał o swój bezpośredni interes. Skutek jest wiadomy, Rzeczypospolita karlała, zboże i drewno – dwa podstawowe artykuły eksportowe Gdańska nie płynęły już tak szerokim strumieniem. Możemy tylko gdybać, czy Gdańsk miał możliwość wesprzeć reformy Rzeczpospolitej, czy mógł zmienić strukturę prowadzonych interesów, żeby poradzić sobie ze zmieniającą się sytuacją na europejskich rynkach oraz na innych morzach, które to zjawiska ograniczały opłacalność działania w tej części Bałtyku.

Handel handlem, ale ostateczne ciosy zadała polityka prowadzona swym przedłużeniem w postaci wojny. W XVII w. spór o szwedzką koronę stał się wojną o polską koronę, a rozstajne drogi, przy których tak wygodnie siedział dotąd Gdańsk zaludniły się żołnierzami. Przemarsze wojsk, blokady portu, zmiejszenie bezpieczeństwa żeglugi rzecznej i morskiej, to wszystko odbiło się bardzo źle na kondycji miasta. A do tego królowie nie byli już tak skłonni do udzielania przywilejów. Wprost przeciwnie, zaczęli wyciągać ręce po pieniądze. Gdańsk musiał się zapożyczać, żeby sfinansować obronę swojego istnienia, wynajmując armie i opłacając się najeźdźcom. Na arenie pojawili się nowi “zalotnicy”, którzy chcieli skorzystać na tym, co wyrosło u ujścia Wisły w poprzednich wiekach – Prusy i Rosja stanęły u bram z konkretnymi i bardzo kosztownymi żądaniami. 

W końcu nadszedł czas rozbiorów Polski, a dla Gdańska czas utraty niezależności. Trudno jest jednoznacznie stwierdzić, co bardziej bolało dumnych mieszczan – zepsute interesy, czy może poddanie się władzy z zewnątrz. Władzy, która nie miała tak dyskusyjnego charakteru, jak ta panująca wcześniej w Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Władzy absolutnej. Gdańsk został realnie włączony do Prus. 

O skutkach i przebiegu tych wydarzeń opowiemy przy innej okazji, teraz skupmy się dalej na rwącym nurcie historii, który wcześniej Gdańsk wyniósł, a teraz zaczynał niszczyć. Doszli śmy do początku XIX wieku, kiedy przez Europę przetaczają się armie Napoleona. Ten ustanawia u ujścia Wisły Wolne Miasto, które jednak nie daje mieszkańcom tego, co utracili z początkiem panowania pruskiego. Wprost przeciwnie. Gdańsk jest dalej eksploatowany, obciążany finansowo bez żadnych widoków na zyski. W takiej sytuacji powrót do Prus jest przyjmowany z ulgą.

I rzeczywiście w XIX w. następuje dla Gdańska czas spowolnienia. Ten dumny okręt pływający pod wieloma banderami, a najchętniej pod swą własną, teraz osiada na mieliźnie, staje sie stateczny, prowincjonalny, rozległe i odległe perspektywy, tak cenione przez dawniejszych gdańszczan skracają się, horyzonty zawężają. Ale miasto trwa. 

W II połowie XIX wieku zaczyna się proces rozwoju organizmu miejskiego ku nowoczesnym wzorcom. Życzliwe spojrzenie cesarza niejednokrotnie zatrzymuje się na Gdańsku, chociaż handel nie ma możliwości wrócić do poziomu z czasów świetności, to mając ugruntowaną pozycję w Rzeszy miasto może statecznie się rozwijać i budować swoje status quo. 

Nie zapominajmy jednak, że to rozstajne drogi, a historia nie zatrzymuje się tu nigdy na dłużej. Sto lat po tym, jak Napoleon dał iluzoryczną wolność miastu, nad jego głową zostaje podjęta decyzja o uczynieniu go Wolnym Miastem raz jeszcze. Traktat Wersalski chcąc pogodzić interesy odradzającej się Polski i upadłej Niemieckiej Rzeszy “zawiesza” jakby Gdańsk między tymi dwoma państwami. 

Gdańszczanie przyjmują tą wiadomość jako szokującą. Myślę, że w ich duszach nie grała wtedy już ta dawna potrzeba niezależności i pragnienie samoistnego bytu. Nowe Państwo Freie Stadt Danzig nie gwarantuje im nic. Wobec dawnej stabilizacji, a nawet pewnemu dobrobytowi gwarantowanemu przez Cesarza to dla nich duża strata. Czy Polska może dać im coś równie atrakcyjnego? Przecież większość mieszkańców mówi po Niemiecku, więc postrzegają się w stosunku do Polaków jako obcy. Z wzajemnością zresztą. Może nam się to podobać albo nie, ale taka była przeważająca orientacja w mieście, które było kulturowo niemieckie, choć jeśli chodzi o samookreślenie, to zawsze odrębne.

Dzieje miasta przed i po drugiej wojnie światowej, myślę że w zarysie są znane większości Polaków. Dlatego pozwolę sobie tą część historii potraktować zdawkowo. Aczkolwiek nadmienię, że choć kluczowe fakty, “duże” historyczne daty są znane, to ich interpretacja, która zależna jest od znajomości szczegółów. Nie chcę wchodzić teraz w tłumaczenie zawiłości, które dla tego etapu naszych rozważań nie mają znaczenia, ale dla nas tutaj, w Gdańsku są bardzo ważne. Dlatego wszystkich, którzy poczuli, że mój szybki przegląd historii miasta wymaga wielu dopowiedzeń i przypisów uspokajam, że z pewnością mają słuszność, ale miejsce na to znajdzie się przy innej okazji.

Zależało mi, żeby dostrzegli Państwo to, co nadmieniałem na początku. Jeśli usadowimy się na rozstajnych drogach, jeżeli zapatrzymy się w różne odległe strony, a nasze cele będą umiejscowione gdzieś indziej, to można się na prawdę poważnie zastanawiać, kim tu i teraz jesteśmy realnie. A do tego jako czynnik dodać trzeba rozpędzony kołowrót historii, zmienne obroty fortuny to nagle lądujemy na początku kolejnego rozdziału dziejów miasta, a ono leży w 90% w gruzach i więcej niż 90% jego ludności, proszę wybaczyć brutalny efemizm – znika.

Czy jeszcze wiele trzeba, by zwątpić w to, że Gdańsk istnieje? A jednak historia miasta toczy się dalej. 

Rok 1945. 

Nie było gdańszczan, są gdańszczanie.

To metaforyczne podejście, które stosuję jako metodę badania tego zjawiska wzbogacę o jeszcze jeden obraz, który odda to, co się tu dzieje przez wszystkie wieki. Gdańsk jest jak kalejdoskop. Co chwilę obracany z grzechotem przesypuje kolorowe szkiełka tworząc hipnotyzujące widowiska, ale czy zwracamy uwagę na sam przedmiot, na transparentne kawałki? Najbardziej realne jest widowisko, a to widowisko to tylko światło przechodzące przez tubę. 

Może, kiedy zastanawiamy się nad istotą Gdańska, popełniamy błąd szukając go w tym miejscu. Może powinniśmy się skupić na żywiole, który przez niego przepływa, jak światło przez kalejdoskop, jak woda przez rzeczne koryto, jak ludzie przez skrzyżowanie dróg.

Może powinniśmy odwrócić porządek definiowania i nie określać gdańszczan przez cechy Gdańska, ale Gdańsk nazwiemy dzięki temu, że są w nim gdańszczanie. Kim zatem są gdańszczanie. Kim byli, kim jesteśmy?

Robiąc powyższy wyciąg z historii Gdańska celowo nie mówiłem wiele o tożsamości ludzi, których losy były związane tym miejscem. Tożsamości etnicznej, narodowej, religijnej. O języku, którym się posługiwali czy zwyczajach, które określały ich codzienną rutynę. Nie mówiłem, bo losy miasta były dość skomplikowane, by dołączać do wywodu jeszcze opowieść o wewnętrznych rozwarstwieniach.

Ale skoro podejmujemy próbę zdefiniowania miasta przez jego mieszkańców, to trzeba stawić temu czoło. Możliwe, że u zarania osady gdańszczanie byli jeszcze jednolici etnicznie i kulturowo, ale im bliżej czasów współczesnych, tym obraz bardziej się komplikuje. W dobie rozkwitu mieszczanie gdańscy deklarujący się jako poddani polskich królów mówili po niemiecku. Język polski był językiem gości i niższych warstw społecznych. Wzorce estetyczne czerpano wtedy z Niderlandów, religia była w przeważającej części protestancka, a krąg kultury germański. Ale czy gdańszczanie byli Niemcami? Przenigdy! Oni byli gdańszczanami.

Gunter Grass próbując przeciąć ten węzeł gordyjski anegdotycznie argumentował, że to nie Niemcy, to nie Polacy, to kaszubi nadali tożsamość temu miejscu. Jest w tym ziarnko prawdy, ale jeśli chodzi o szczegóły to i w tym tyle prawdy, w innych teoriach na ten temat.

W książkach o Gdańsku badacze piszą, że jego mieszkańcy wymykali się prostym kategoryzacjom przypisujących ich większym sąsiadom. Niektórzy posuwają się nawet do tego, że określają gdańską tożsamość nie tylko jako lokalny patriotyzm, ale wręcz jako tutejszy nacjonalizm. I byłbym skłonny przyznać im rację. Ilekroć gdańszczanie zbyt przychylali się do którejś opcji narodowościowej – niemieckiej, czy polskiej – razem z nią szli na dno.

Tak to było, kiedy patrzymy w przekroju historycznym. A jak jest teraz? 

Kiedy po 1945 roku nastąpiłą niemal całkowita wymiana ludności. Kiedy nawet ci, którzy nie czuli się Niemcami, ba! nawet ci, którzy czuli się gdańskimi Polakami zostali zmuszeni do opuszczenia tego miasta. Co oznacza od tego czasu gdańska tożsamość. Czy wreszcie udało się ją ujednolicić? Przypiąć do jednego narodu i miejsca, które niewątpliwie jest, a nie pojawia się i znika? 

Nie, nie tutaj proszę Państwa. Tutaj to się nie mogło zdarzyć.

Nowi gdańszczanie, ci powojenni doskonale wpisali się w tradycje swoich poprzedników do kultywowania różnorodności,  pamiętania że przyszli skądś, co wcale nie przeszkadza być im bardzo stąd.

Może czasy stalinowskie nie pozwalały na ekspresję przynoszonej do Gdańska tożsamości nawet tutejszym kaszubom, ale im bliżej naszych czasów, tym bardziej bogactwo pochodzenia mieszkańców naszego miasta jest podkreślana i celebrowana. Obok tradycji typowo gdańskich, jak Jarmark św. Dominika mamy wydarzenia celebrujące wileńskie, lwowskie, tatarskie, ormiańskie, żydowskie i liczne inne proweniencje gdańszczan. A do tego jeszcze dochodzi kwestia bardzo tu szanowanej możliwości ekspresji swoich poglądów – wielu odmiennych.

Jak w tym wszystkim znaleźć wspólny mianownik gdańskiej tożsamości? 

Nie odpowiem, nie wiem, czy da się odpowiedzieć, ale wiem, że najlepszym sposobem jest doświadczyć tego. Spróbować samemu.

Historia Gdańska po 1945 roku daje nam więcej możliwości prowadzenia rzetelnych badań, rzetelnych czyli tych, które w mniejszym stopniu są narażone na mitologizację, na te opowieści nieutulonych miłośników, o których wspominałem wcześniej, a które narrację o Gdańsku tyleż zaciemniają, co dodają jej uroku.

Jeden z badaczy powojennych losów gdańszczan, a konkretnie tych, którzy gdańszczanami się stali – Piotr Perkowski sformułował tezę, która moim zdaniem trafnie opisuje istotę gdańskiej tożsamości. 

“Z perspektywy historii kulturowej Gdańsk powinien być rozumiany nie tyle jako obszar o pewnych granicach administracyjnych, ile raczej jako miejsce zaludnione przez populację, która zwykła nazywać siebie gdańszczanami (przedwojennymi lub powojennymi)” 

Takie spojrzenie uwalnia nas de facto od topografii. Takie spojrzenie pozwala nawet zbudować pomost dziejowy między wszystkimi pokoleniami gdańszczan. Jest to perspektywa umożliwiająca pogodzenie wielości w jedności, pomieszczenie różnorodności we wspólnym domu. Bardzo ambitny projekt, prawda? Aż nierealny by chciało się powiedzieć.

Jeśli jednak prześledzimy raz jeszcze dzieje tego miasta, to okaże się, że w przeważającej większości to tak właśnie funkcjonowało. Nie bez trudów i porażek, ale jednak. 

To historia. A wracając do współczesności, to teza Perkowskiego sprawdza się nie tylko w czasach po 1945 roku, ale po dziś dzień. Komunistyczna władza doprowadziła do niemal 100% wymiany ludności w Gdańsku. (Podkreślam, że wygnani zostali nie tylko Ci, którzy swoją gdańskość związali z III Rzeszą.) 

A zatem w Gdańsku pojawiło się niemal 100% ludzi, którzy postanowili być gdańszczanami. Konieczność wybierania nie wynikała dla wielu nie z inicjatywy własnej, ale że wybór ten padł na to miejsce, a nie inne to już fakt nie poddający się interpretacjom. 

Dzisiejsi gdańszczanie, tacy jak ja, to potomkowie tamtych przesiedleńców. Jestem reprezentantem grupy gdańszczan, których rodzice urodzili się już tutaj. Ale czy wielu jest takich? Badania określają jasno – w dzisiejszej populacji Gdańska niespełna połowa nie urodziła się tutaj. Ponad 30% gdańszczan sprowadziło się tutaj nie dalej jak 20 lat temu.

Jesteśmy jako społeczność gdańszczanami z wyboru. Ta tożsamość jest skutkiem samostanowienia. Kiedyś w sensie zbiorowym i politycznym było ono tu ważne, dziś samookreślenie jako gdańszczanin jest kwestią osobistego wyboru.

Bo przecież gdańszczanami zostali nie tylko ci, co tu przyjechali. Wielu z tych, co wyjechali stąd uważa się nadal za gdańszczan. Jako anegdotę przytoczę historię znajomej, która wystarała się o ramkę do tablicy rejestracyjnej z logo i napisem “Jestem z Gdańska” jakie rozdaje tutejszy Urząd Miejski, by dumnie ją wozić po ulicach swojego aktualnego miasta zamieszkania na samochodzie ze zdecydowanie nie-gdańską rejestracją.

Podobnie gdańszczaninem pozostał jeden z badaczy lokalnej literatury, historii, okrutny dekonstruktor gdańskich mitów Peter Oliver Loew, który nie urodził się w tym mieście, zakochał się w nim, poświęcił mu sporą część naukowej kariery, a wyjechawszy dalej deklaruje się jako obywatel miasta nad Motławą.

Tu zwróćmy uwagę na wątek uczuciowy. Socjologowie badający w jaki sposób gdańszczanie identyfikują się ze swoim miejscem stwierdzają, że jest to przede wszystkim identyfikacja emocjonalna, która tylko u nielicznych przekłada się na rzecz aktywnego działania na rzecz miejsca i lokalnej społeczności. Tak zresztą było zawsze, a dziś wzmacnia to postmaterialistyczne orientacje współczesnych mieszkańców wielkich miast, a także większą mobilność charakteryzującą ludzi naszych czasów. To może wpływać na zmniejszenie zaangażowania w tworzenie aktualnego miejsca zamieszkania, ale bynajmniej nie osłabia związku emocjonalnego. Takie cechy obecnej populacji mogą sprawić, że wielu z aktualnych mieszkańców gdańska zmieni adres, ale nawet jeśli na bardziej odległy od ujścia Wisły, to bardzo jest prawdopodobne, że dalej będą czuć się gdańszczanami.

Jedni odejdą, drudzy przyjdą, co mogłoby być powodem do refleksji nad rozmywaniem gdańskiej tradycji, ale moim zdaniem jest wprost przeciwnie. Wpisuje się to w tutejszy koloryt, który  spróbujemy uchwycić kolejną metaforą, która opisuje czym jest Gdańsk. 

Gdańsk zawsze był bramą na styku (przynajmniej) dwóch światów. To przez tą bramę przeszedł św. Wojciech idąc nawracać Prusów, tu Rzeczypospolita otwierała się na świat, a świat zaglądał w egzotyczną krainę słowian. Przez te wrota musiały przecisnąć się wszystkie bogactwa, jakie można było przywieźć lub wywieźć korzystając z drogi jaką było morze – bogactwa materialne, ale również te które zamieszkiwały księgi i ludzkie dusze.

Dziś ten materialny aspekt przechodzenia przez bramę – Gdańsk osłabł. Ale nadal jest to miejsce przejścia do kolejnego szczebla edukacji, do awansu materialnego, rozwoju zawodowego, podniesienia komfortu życia. Może Gdańska nie wybiera się jako miejsca zamieszkania, a jedynie szybszego lub wolniejszego przechodzenia od / do. Może…

Metafory jednak by trwały potrzebują materialnych nośników. W Gdańsku bram było bez liku, a i dziś jest ich niemało. Wystarczy przejść się Traktem Królewskim i Długim Pobrzeżem, a to i tak nie wszystkie. Dwie jednak szczególnie oddają ducha miejsca, czyli wpisują się w lokalne mity i rozpalają uczucia.

Pierwsza z nich, współczesna to brama Stoczni Gdańskiej. Druga to tzw. Złota Brama zanurzona w historii dawnej. 

Co ciekawe obie mają obecnie charakter jedynie symboliczny. Żadna z nich nie pełni de facto swej funkcji – nic już nie zamykają, nie otwierają, przed nikim nie bronią. Jeśli już mamy nadać im bramną funkcję, to przejście przez nie jest przejściem ze zwykłej codzienności w przestrzeń mityczną gdańskiej tożsamości. 

Mówiąc “mit” i “mityczna tożsamość” proszę nie wyobrażać sobie Neptuna, który zejdzie z fontanny na Długim Targu, czy Merkurego, który również patronował gdańskim kupcom. To może być przedmiot innych rozważać. Mit spróbujmy ująć nie w rozumieniu bajek o wierzeniach starożytnych, jaki znamy ze szkoły w wydaniu Jana Parandowskiego, ale w rozumieniu Leszka Kołakowskiego, który mówi o micie jako, upraszczając, aksjomacie systemu wartości, który funduje naszą tożsamość. Wszyscy takie wyznajemy, a w Gdańsku streszczają się one w tych dwóch zabytkach.

Myślę czasem, że gdyby turyści odwiedzający nasze miasto nie mieli zbyt wiele czasu, to rozsądny przewodnik pokazując tylko te dwa obiekty nie zgrzeszył by przeciwko swojej sztuce przedstawiania ducha miasta. 

Brama stoczni wyraża ten komponent współczesnej tożsamości, który streszcza aktualnie rozpowszechnianą ideologię Gdańska. Ideały takie jak porozumienie ponad podziałami klasowymi, brak pokory, wolność,  inicjatywność, wytrwałość w walce o sprawiedliwość, czyli solidarność. Niestety też coś, co dopisały lata ostatnie, prozaiczny upadek ideałów, choć to już właściwość mniej lokalna, bardziej ogólnopolska, więc w tym wywodzie pomińmy, bo nie o tym mamy mówić. Skupmy się na inspiracji, jak brama ta kiedy Polska była na granicy upadku, otworzyła naszą historię na lepszą przyszłość.

Złota Brama natomiast wprowadza nas w czasy  minione, ale ideały aktualne przez całokształt historii Gdańska. Powstała kiedy Gdańsk był w szczytowej fazie rozkwitu. Wzniesiona w latach 1612 – 14. Zasadniczo nie miała służyć niczemu poza podniesieniem prestiżu miasta. Bo choć w tych czasach miasta szczelnie zamykały się wewnątrz swoich fortyfikacji, to obwarowania Gdańska miały już o wiele szerszy obwód, a od tej strony do miasta wjeżdżało się Bramę Wyżynną.

XVII-wieczni gdańszczanie nie musieli więc stawiać nowej bramy, ale uznali, że znajdująca się w tym miejscu średniowieczna brama zwana Długouliczną nie jest wystarczająco dostojna i zlecili budowę tego, co Jacek Friedrich określił jako “najklasyczniejsze w formie dzieło architektury gdańskiej”. Co warte odnotowania w odróżnieniu od przeważającej części gdańskiego Głównego Miasta ta budowla została wiernie odtworzona po II wojnie światowej, więc odnoszenie się do historycznego dziedzictwa przychodzi nam tu dosyć łatwo.

XVII-wieczni Gdańszczanie widać potrzebowali jeszcze to piękne dzieło upiększyć, bo po ponad 30 latach postanowili uwieńczyć budynek rzeźbami alegorycznymi, które miały patrzącym z zewnątrz, a więc precyzyjniej mówiąc od zachodu ukazywały się od 1648 roku wykonane przez Piotra Ringeringa przedstawione w kamieniu Pokój, Wolność, Szczęście (Bogactwo) i Sława. Od wnętrza miasta, czyli od ul. Długiej wypinają klasycystyczne piersi Zgoda, Sprawiedliwość, Pobożność i Rozwaga (Mądrość).   

Intencje zleceniodawców można zatem odczytać tak, że chcieli aby przybysze od razu wiedzieli, że mają do czynienia z nietuzinkowym miejscem i godnymi jego mieszkańcami. A ci drudzy, żeby z kolei pamiętali, jakie cechy trzeba przejawiać, żeby na należyty podziw przybyszy zasłużyć. Przekaz wzmacniały jeszcze dwie sentencje w językach niemieckim i łacińskim, które na razie pominiemy.

To, że tak została zwieńczona reprezentacyjna brama Gdańska, po raz kolejny dowodzi, że Gdańsk jest swego rodzaju projektem światopoglądowym – filozoficznym. Ta brama “mówiła”: tutaj kierujemy się takimi, a nie innymi wartościami, chcesz być gościem? posmakuj. Chcesz zostać obywatelem miasta? weź je jako swoje. wchodzisz tu, więc wybierasz takie, a nie inne postawy. Gdańskość to przekroczenie nie tylko granic topograficznych, to wybór światopoglądowy.

Alegoria. Obraz czegoś innego. Kawał kamienia. Dzieło sztuki. Zabytek architektury. Ale przede wszystkim kryjąca się za nim wartość.

W tych wartościach będziemy przez najbliższe osiem spotkań poznawać gdańską tożsamość. W nich spróbuję doszukać się odpowiedzi, kim są gdańszczanie. Postaram się Państwu pokazać to, co na przestrzeni przeszło tysiąca lat zadecydowało o tym, że choć miasto to powstawało i upadało, że choć nie ma ciągłości pokoleniowej,  wspólnoty etnicznej, a nawet że niejednokrotnie zderzały się tu różne wizje tożsamości i różne wartości były wykrzykiwane głośniej, to że bez względu pod jaką flagą i u boku którego króla gdańszczanie byli gdańszczanami i dzięki nim Gdańsk trwa.

Tymczasem dziękuję za wspólnie spędzony czas. Zapraszam do oglądania kolejnych odcinków i dzielenia się wrażeniami w komentarzach. 

Wzorem bardziej doświadczonych YouTuberów zachęcam do subskrypcji kanału PROM Kultura, dzięki czemu nie przegapią Państwo kolejnych nagrań. 

Komentarzami mogą Państwo podzielić się z nami również na fejsbuku lub wysłać do nas maila, adres znajduje się na stronie internetowej promkultura.org

Do zobaczenia