fbpx

SŁAWA 

Szanowni Państwo,

Nazywam się Paweł Paniec i jest mi bardzo miło przywitać Państwa w kolejnym, trzecim już spotkaniu z serii “Gdańsk i jego wartości”. 

Projekt ten jest realizowany przez Stowarzyszenie PROM Kultura, a mógł zostać zrealizowany dzięki dofinansowaniu ze środków Miasta Gdańska.

Celem naszym jest spojrzenie na miasto z innej niż zazwyczaj perspektywy, chcielibyśmy przyjrzeć się Gdańskowi odrywając się od sfery materialnej i zwrócić uwagę na walory duchowe bądź intelektualne, jakie w jego murach zamieszkały i decydują o tożsamości miejsca i o tożsamości osób, które się z tym miejscem identyfikują. Bo jak już mówiłem w poprzednich wykładach, to choć mury tego miasta były już niejednokrotnie burzone i stawiane na nowo, zmieniała się jego przynależność państwowa, a z kolei jeśli idzie o mieszkańców to nie ma ciągłości generacyjnej, to jednak jest coś stałego, co decyduje o tym, że ludzie wybierający gdański adres na swoje miejsce zamieszkania czują , że są stąd.Ba! Nawet wyprowadzając się w inną część kraju czy świata, dalej podtrzymują w sobie to przywiązanie uczuciowe. 

Jest w tym jakaś aura tajemniczości. Lubimy mowić o genius loci, duchu miejsca, a skoro o duchu mowa, to przechodzimy do porządku rzeczy wyższych i postanowiłem do niego dotrzeć poprzez wartości, których trwałość możemy dostrzec w Gdańsku. A trwałość wartości najłatwiej dostrzec, kiedy są wykute w kamieniu i taki przypadek mamy na Złotej Bramie w Gdańsku.

XVII-wieczni gdańszczanie postanowili upiększyć wjazd do reprezentacyjnej części Głównego Miasta i w 1612 roku zastąpili starą średniowieczną jeszcze Bramę Długouliczną nową, która miała oddawać ówczesne gusta. Tak powstał późnorenesansowy budynek przypominający łuk triumfalny, a dziś mówimy o nim Brama Złota. 

Jednak brama choć złota musiała się wydawać się gdańszczanom nie dość strojna, skoro postanowiono ją jeszcze upiększyć i tak po ponad 30 latach na szczycie bramy stanęło osiem rzeźb – figur alegorycznych, które utożsamiały osiem cnót bliskich zleceniodawcom. 

Odtąd wjeżdżający na ul. Długą byli bacznie obserwowani przez Pokój, Wolność, Obfitość i Sławę. Natomiast opuszczającym tę ulicę przyglądały się Roztropność, Pobożność, Sprawiedliwość i Zgoda. 

W ten sposób do estetycznie formalnych walorów tego dzieła architektury została dopisana warstwa ideowa. Można powiedzieć, że w 1648 roku Złota Brama zmieniła się w projekt światopoglądowy.

To dało mi pretekst do takich rozważań, jakie mają miejsce w ramach projektu “Gdańsk i jego wartości”, po bardziej szczegółowe wyjaśnienia odsyłam do pierwszego wykładu, który dostępny jest na stronie promkultura.org/gdanskijegowartosci (pisane bez polskich znaków)

Pod tym samym adresem znajdą Państwo również drugi wykład poświęcony pierwszej z cnót stojących na Złotej Bramie – Pokojowi. Przy okazji opowiadam tam również, czym są cnoty i jak badamy wartości za cnotami stojące. Zachęcam do zapoznania się z tymi rozważaniami wstępnymi, gdyż pomogą one odnaleźć się w świecie wartości, który rządzi się sobie właściwymi prawami.

Pokój uosabia rzeźba stojąca po lewej stronie Złotej Bramy, kiedy patrzymy na nią zanim wejdziemy na ulicę Długą. Dziś natomiast spójrzmy również od tej strony, ale prawy narożnik Bramy. Na jego szczycie dostrzeżemy personifikację Sławy. 

Od razu Państwu powiem, że jako filozof stojący wobec zadania zmierzenia się z tematem sławy mam niemały problem. 

Nie jest to temat, nad którym filozofowie się chętnie pochylali. A jeśli już brali tą kwestię pod rozwagę, to raczej żeby przestrzec niż zachęcić. Np. Epikur daje jasne wskazówki, żeby sławy unikać, że jest ona przeszkodą dla poszukującego mądrości i wiele pożytku z niej nie wyniesie. 

Starożytni filozofowie patrzyli z góry na tych, którzy pozyskane dobra intelektualne wykorzystywali do starania się o rozgłos i popularność. Tak postrzegali np. sofistów, którzy umiejętności operowania rozumem wykorzystywali do zwodzenia innych i dbania o doraźne korzyści. Na sofistów patrzono wtedy z życzliwością równą tej, którą darzymy dzisiaj polityków.

A jednak minęły tysiące lat i nie sposób zaprzeczyć, że sława jest czymś pożądanym, cenionym wysoko, czyli postrzeganym jako wartość, nawet jeżeli przyznajemy to z niechęcią.

Przykładając narzędzia, jakie do rozważania natury daje nam aksjologia można by zapytać, że jeżeli jest już wartością, to przynajmniej nie ustawimy ją w hierarchii raczej nisko. Poza tym raczej nie przypiszemy jest statusu wartości samej w sobie, bardziej uznamy ją za wartość zależną od czegoś innego. 

Artur Schopenhauer mówił o sławie, że nie ona, “lecz to dzięki czemu się nią zdobywa, posiada wartość.” Brzmi to dobrze, ale myślę, że każdemu z nas szybko przyjdzie do głowy myśl, że czasem sławę zdobywa się dzięki czynom wartościom się sprzeciwiającym, żeby sięgnąć chociażby po przypadek Herostratesa, który podpalił świątynię Artemidy uważaną za jeden z siedmiu cudów świata.

Starożytni chcąc ukarać go srodze nie tylko zgładzili zbrodniarza, ale jeszcze pragnęli wymazać jego imię z historii. Jak widać nieskutecznie, a zatem sława, choć zła potrafi trwać wieki i zapewne dlatego i dziś liczne są przypadki sięgania po nią niegodziwą drogą.

To jednak spór wewnątrz filozofii. Nie pomylimy się twierdząc, że XVII-wieczni gdańszczanie nie chcieli przywiązywać się do złej sławy, ale do tej dobrej, więc poszukajmy innej bardziej przychylnej interpretacji.

O alegoriach ze Złotej Bramy mówi się, że utożsamiają gdańskie cnoty. Przypomnę zatem, co to jest cnota.

Otóż cnota to sprawność we wcielaniu w życie czegoś, co postrzegamy jako wartość. Tak to definiowano od starożytności i nawet współczesne mniej przychylne rozumienie tego słowa, sławne niewątpliwie, nie odwiedzie nas, od takiego cnoty rozumienia.

Jeżeli sława jest tą wartością, we wcielaniu w życie której mamy się wykazać sprawnością, to kim chcieli być dawni gdańszczanie? Specjalistami od PR i promocji? Nie lekceważyłbym tego tropu i jakkolwiek by nie brzmiał prześmiewczo, to jeszcze będzie się on przewijał w naszych rozważaniach.

Ale na razie spróbujmy zbliżyć się do tego, o co mogło chodzić zleceniodawcom rzeźb na Złotej Bramie.

Alegorie, jak mówiliśmy w poprzednim wykładzie są jednoznacznie odczytywane dzięki atrybutom, które są im przypisane. Przyjrzyjmy się im zatem. 

Jeżeli nie mają Państwo świeżo w pamięci widoku złotej bramy, to zachęcam do spojrzenia na fotografie na naszej stronie internetowej promkultura.org/gdanskijegowartosci (oczywiście bez polskich znaków). 

Gdańska sława przedstawiona się jako kobieta z jedną nogą wysuniętą do przodu, a nawet obnażoną, co ma symbolizować szybkość przemieszczania się do jakiej jest zdolna. w ręku trzyma smukłą trąbę zwaną buciną, która zawija się jej za plecami, a w drugiej trzyma za jeden z promieni słońce z ludzką twarzą. Trąba ma obwieszczać wszem i wobec, a słońce oświetlać – czynić widocznym, wiadomym. 

Gdybyśmy mieli wątpliwości co do wierności odtworzenia zniszczonych w toku dziejów rzeźb, to na szczęście istnieją zachowane ryciny Jeremiasza Falcka zwanego Polonusem, które powstały krótko po ustawieniu  rzeźbach. Są one tam nie tylko zobrazowane, ale również podpisane i opatrzone mottem w językach łacińskim i niemieckim. Sławę w języku starożytnych rzymian jest podpisana jako Fama.

I to jest dla nas kolejny trop do rozważań. Bo czym jest fama? 

Dla ludzi antyku była to bogini Fama, która uosabiała wieści i szybko rozchodzące się plotki. Jej grecką odpowiedniczką była Feme posłanka Zeusa i córki Gai. W greckiej mitologii była obdarzona wielkimi skrzydłami, które dodawały jej pędu i zwiększały zasięg, a na dodatek każde pióro skrzydeł zaopatrzone było w oko. Tym samym nic nie mogło umknąć jej uwadze i wszystko rozpowiadała, jak tylko mogła najszerzej.

Gdyby chcieć pokusić sie o głębsze sięgnięcie do tradycji językowej, to grecy używli określenia ossa – pogłoska pochodzącego od os, co może znaczyć tyle co “usta”, ale też “kość”, a kością może coś stanąć komuś w gardle, jak złe słowo, nieprawdaż?

Język polski przejął to rozumienie. Fama to opinia krążąca powszechnie, ale raczej jako nobliwa sława się nam to nie kojarzy. 

Zastanowić by się można, czemu Sława, która stoi na szczycie Złotej Bramy nie została określona jako Gloria, czyli chwała. Słowo w tradycji łacińskiej ugruntowane w tłumaczeniach biblijnych “gloria in excelsis” – “chwała na wysokości”.

Można by się również zastanowić, czemu nie użyto słowa “splendor” co po łacinie oznacza blask, świetność, wspaniałość i bliskie jest naszemu współczesnemu rozumieniu, w którym (wg słownika języka polskiego) są to “zewnętrzne oznaki świetności lub bogactwa” i “zaszczyt lub honor, którego ktoś doznaje”.

Te bardziej pasowałyby do naszego pojmowania sprawy jaką jest sława i to jeszcze dobra sława miasta i jego mieszkańców. Ale jest u Jeremiasza Falcka napisane FAMA i nie zmienimy tego, choćbyśmy lepiej od XVII-wiecznych gdańszczan wiedzieli, co powinno tam być. 

Nawet jeżeli jest w tym jakaś doza przypadku, bo doświadczenie uczy, że może tak być w kwestiach nawet najważniejszych, to fakt jest faktem i spróbujmy się do niego odnieść. 

Dodatkową wskazówką może być tekst, który zamieszczony jest na grafice Jeremiasza Falcka: 

“Miażdżę kłamliwe języki i dzięki chwalebnym czynom w ojczyzny obronie wznoszę do gwiazd niezniszczalne imię.” i w wersji niemieckiej (przytaczam za Andrzejem Januszajtisem w jego tłumaczeniu) “Gdy dla Ojczyzny działasz, rosną twe zasługi, jak świat szeroki i długi”.

A zatem gdyby zinterpretować to słowo – “Fama” w kontekście przytoczonych tu sentencji można by mniemać, że nie chodzi o wcale o sławę samą w sobie, ale że jest ona pochodną popełnionych czynów i to czynów poświęconych dobru ojczyzny. 

A do tego  zwróćmy uwagę na jeszcze jeden szczegół. Na rycinie Jeremiasza Falcka przygnieciona lewą stopą Sławy leży jakaś maszkara – stara kobieta o zmierzwionych włosach, w których wiją się się żmije o piersiach wyschłych i pomarszczonych, twarzy szpetnej, z której opadła maska o pięknym licu. Ten potwór to Zawiść. Pokonany cień Sławy. W przedstawieniach alegorycznych zazwyczaj występują razem.

A zatem Sława nie tylko jest następstwem wspaniałych czynów, ale jest również potrafi sprzeciwiać się oszczerstwom, które zniesławiają dobre imię wypracowane w pocie czoła.

Byłoby to odczytanie FAMY w myśl przytoczonych powyżej słów Schopenhauera i byłaby to interpretacja pozytywna dla XVII-wiecznych gdańszczan, a także doskonały motyw pedagogiczny do kształtowania przyszłych pokoleń.

I można by na tym poprzestać.

A jednak Fama to Fama, a gdyby chodziło o dobro ojczyzny, to czemu autor zwieńczenia Złotej Bramy – Piotr Ringering nie umieścił na miejscu Sławy innej alegorii zbliżonej znaczeniowo do patriotyzmu? 

Poza tym pamiętajmy, dlaczego brama zwana dzisiaj Złotą została wzniesiona. Nie miała ona spełniać funkcji bramie właściwej. Bramą miasta od tej strony była wtedy Brama Wyżynna. Ta brama miała być łukiem triumfalnym wzniesionym na cześć Gdańska. Miała uświadamiać każdemu, kto przybywał do miasta nad Motławą jego potęgę, bogactwo i wytworność. Czy bardzo pomylimy się, jeżeli przyjmiemy, że nie tyle chodziło w Sławie o to, by głosić Chwałę Ojczyzny, ile o to, by się pochwalić?

A kolejna sprawa, to jeżeli chodzi o ojczyznę, to dla której ojczyzny chcieliby gdańszczanie dokonywać chwalebnych czynów, żeby móc się potem przechadzać w ich blasku? Mogłoby się wydawać, że dla  Rzeczpospolitej Obojga Narodów, bo przecież Gdańsk z nią był w najściślejszym związku. Jeżeli jednak prześledzimy historię Gdańska, to nasuwa się wniosek, o którym mówiłem w pierwszym wykładzie tego cyklu, czyli że związki, w jakie wchodził Gdańsk w toku swoich dziejów były albo taktyczne, albo przymusowe. I nie inaczej było z relacją z Polską. Business i business.

Jeszcze niespełna 40 lat przed postawieniem Złotej Bramy Gdańsk toczył wojnę ze Stefanem Batorym. Gdańsk nie miał skrupułów, by wykorzystując swoją potęgę materialną wpływać na politykę wewnętrzną Rzeczypospolitej, aby ta służyła jego interesom. Można przypisać mu rolę taką, jak polskiej magnaterii, która wyszarpując dla siebie po kawałku liczne przywileje doprowadziło do osłabienia i upadku państwa, dzięki sąsiedztwu z którym zbudowało swoją potęgę.

Jeżeli uznamy, że gdańszczanie byli patriotami jakiegoś państwa, to jedynie swojego własnego. Nie dlatego buntowali się przeciw krzyżakom od XIII w., nie dlatego zrzucili ich jarzmo negocjując z Polską Jagiellonów korzystny układ gospodarczy i polityczny, nie po to zadbali o swoją niezależność dzięki trwaniu w szerszych układach handlowych, żeby musieć korzyć się przed władcami z zewnątrz.

Złota Brama, która otwierała to, co zwiemy dziś Drogą Królewską, miała służyć również temu, by król odwiedzający raz na jakiś czas Gdańsk nie mógł nie zauważyć w jak bogatym i wspaniałym mieście się znajduje. Tak samo mieli myśleć o Gdańsku inni przybysze.

Tu, jak sądzę, dotykamy dosyć istotnej kwestii, która mogła leżeć u podstaw Sławy o której marzyli gdańszczanie, mam na myśli oczywiście tych dobrze sytuowanych bogatych gdańszczan, nie czeladników z dołów społecznych. Ci bogacze mieli wszystko o czym mógł marzyć ówczesny człowiek. A może nawet więcej niż wszystko jeżeli uznamy, że dzięki życiu w mieście portowym skomunikowanym z całym ówczesnym światem mieli horyzonty szersze niż większość osób o porównywalnym statusie materialnym, ale żyjących np. w głębi Polski w swojskim zaścianku. 

Ale czy aby na pewno mieli wszystko?

Świat XVII wieku, świat wykluwającej się nowożytności to moment w historii, kiedy porządek feudalny zaczyna słabnąć i powoli wyłania się nowy kształt świata. Można powiedzieć, że gdańscy mieszczanie byli w awangardzie jeśli chodzi o te przemiany w tym zakątku Europy. Ale wzorce osobowe epoki to rzecz, która zmienia się wolniej niż ustrój ekonomiczny czy polityczny. A jednak kiedy jest się bajecznie bogatym, a tacy byli niektórzy gdańszczanie i ma się świat w zasięgu ręki to chciałoby się mieć poczucie, że należy się do elity. Ale ideał człowieka ze szczytu drabiny społecznej miał jedną rzecz, która była niedostępna dla mieszczanina – dobre urodzenie, błękitną krew. Byle hodowca zboża przypływający barką z odległego dopływu Wisły w głębi Polski był wyżej urodzony niż przewyższający go majątkiem, wykształceniem i obyciem mieszczanin gdański.

Bo z urodzeniem wiązała się SŁAWA. Bo sławetny to w języku polskim źródło słowa szlachetny. Być szlachcicem to było coś, czego mieszczanie nie mogli dosięgnąć. 

A przecież szlachta wywodziła się ze stanu rycerskiego. Rycerze to ci, którzy dokonywali niezwykłych czynów dla swojej ojczyzny i stąd brała się ich sława, która towarzyszyła im przez kolejne pokolenia i estyma, jaką byli darzeni niezależnie, czy w kolejnym pokoleniu dalej byli godni szacunku i gotowi do poświęceń dla swego władcy. 

Gdańsk był pod tym względem miejscem ciekawym miejscem styku kultury arystokratycznej i mieszczańskiej. Przypływający z głębi Polski szlachcice przeżywali niemały szok, kiedy okazywało się, że w Gdańsku to oni są klientami mieszczanina, a nie odwrotnie. Oszołomiony przepychem szlachcic zapewne nie czuł się dobrze w nowej dla siebie roli i starał się odbudować miłość własną choć symbolicznie przypominając, jak ten świat został stworzony, jak wygląda drabina bytów.

Dlatego zapewne mieszczanie gdańscy przejmowali niektóre zwyczaje szlachty polskiej. Znajdowało to odbicie w stroju czy obyczajach. Może też dlatego wyższe warstwy gdańskiego patrycjatu tak zazdrośnie strzegły swojej odrębności i gdańskiej drabiny bytów.

Przybierało to formy kuriozalne, jeżeli spojrzymy na to z dzisiejszej perspektywy. Podzielone na stany mieszczaństwo gdańskie przyjmowało uchwały określające próg cenowy materiałów, z których uszyte mogą być stroje przedstawiciela każdego ze stanów. Im niżej, tym MUSIAŁO BYĆ taniej. Dzięki temu było widać, że wyżej jest drożej. Określano jak można celebrować uroczystości rodzinne, ile potraw i jakich, ilu grajków w kapeli weselnej i to bardzo szczegółowo. Nawet powoływano urzędników, którzy mieli tego pilnować.

To jest oczywiście moja interpretacja, takie rozważania dotyczące stanów psychicznych ludzi przeszłości są tylko domysłami, ale mamy do czynienia z pewnym rozdźwiękiem w kwestii Sławy i to jest powód do stawiania hipotez. Więc może z niewysłowionego pragnienia patrycjatu wzięła się na szczycie Złotej Bramy Sława. Może dlatego była to Fama, bo pilnowano wieści, które niosły się po mieście, żeby dobrze mówiono o jego mieszkańcach wewnątrz i na zewnątrz. Może ci, co stali najwyżej chcieli być sławetni, jak szlachetni urodzeni poza granicami Gdańska. Zostawiam to jako wątek otwarty.

Skupmy się bardziej na tym, co już po części ujawniają dotychczasowe rozważania, czyli dwoistą naturę sławy. 

Sława towarzyszyła Gdańskowi jako miastu od kilku wieków. Już w średniowieczu był najbardziej ludnym miastem na terenach polskich, a i w skali europejskiej ustępował niewielu. W epoce nowożytnej swoją pozycję tylko utwierdził. Handel szedł świetnie, relacje na arenie międzynarodowej również utrzymywał na poziomie zapewniającym należyte poważanie. Poza tym mógł szczycić się unikalnymi w skali ówczesnego świata osiągnięciami. To w Gdańsku stał Kościół Mariacki, który do dziś pozostaje trzecią co wielkości budowlą ceglaną. To w Gdańsku działał Wielki Młyn, będący największym zakładem przemysłowym średniowiecznej Europy. Gdańsk mógł też poszczycić się również mieszkańcami o nieprzeciętnych talentach, nie tylko do handlu, żeby wspomnieć chociażby Jana Heweliusza, ale licznych mniej znanych ludzi o złotych rękach, których rzemiosło w postaci licznych artefaktów było synonimem luksusu i wysokiego kunsztu daleko poza murami miasta. Było zatem na czym budować dobrą sławę miasta.

Ale może to nie wystarczy, bo choć po wielokroć powtarza się, że prawdziwa cnota broni się sama, to fakty są takie, że niekoniecznie. Zła moneta wypiera dobrą monetę, a w przypadku sławy oznaką jej dewaluacji jest zwyczajna popularność. Niewiele się od siebie różnią i dlatego często określamy ją tym samym pojęciem, szczególnie dziś. I jeżeli Sława gdańska to Fama, czyli pogłoska to może właśnie o taką cnotę chodzi, taką która pilnuje by o ojczyźnie, w tym przypadku o Gdańsku mówiono dobrze, by popularne były dobre opinie.

Bo wyrażenie sława należy do jednej rodziny językowej z wyrażeniem słowo. Moglibyśmy pokusić się o definicję Sławy mówiącą, że to słowo, które jest popularne, powszechnie znane. To w sławie tkwi bezpośrednia moc słów. 

A słowo z kolei to idąca z nim w parze opowieść, a jeśli chodzi o te, go Gdańsk jest miejscem, na opisanie którego jest wiele słów i troska o użycie właściwych nie powinna dziwić.

Proszę przypomnieć sobie z pierwszego wykładu mnogość nazw, którymi określano Gdańska na przestrzeni wieków: Gyddanyzc, Kdanzc, Danzk, Danczig, niemiecki Danzig, łacińskie Gedania i Dantiscum. Za każdym z tych słów kryje się jakaś historia. Nadanie imienia  w przypadku miasta jest jak postawienie znaku własności. Mówiłem wtedy o tym, że Gdańsk niczym urodziwa panna z dużym posagiem wzbudzał pożądanie wielu zainteresowanych, a panna ta musiała dbać o swoje dobre imię. Czemu się zatem zmieniało?

Sława czyli słowo, a jak słowo, to opowieść.

Szukamy przyczyny, więc szukamy pierwszego słowa, pierwszej opowieści. Gdańskie dzieje są kalejdoskop, dlatego jak opowiadałem poprzednio trudno tutaj o obiektywną, bezstronną relację odnoszącą się do tożsamości miejsca. Co zatem powinniśmy sławić, żeby nie rozmijać się z prawdą?

Poszukiwanie prawdy, cofanie się po sznurku przyczyn i wyjaśnień do źródła wymusza na nas przyjęcie jakichś faktów pierwszych. A wybór tych faktów nie zawsze jest racjonalny, nie zawsze opiera się na faktach, czasem ma zupełnie inne oblicze. I postarajmy się zinterpretować to pozytywnie – najczęściej nie mamy innej możliwości. Ale bez faktów pierwszych nie potrafimy żyć. Człowiek to istota, która doszukuje się sensu, a kiedy nie może go znaleźć – to go tworzy.

Tak powstają mity. Mity nie w sensie religijnym, ale w sensie opowieści stanowiących bazę, na której budujemy nasze racjonalne konstrukcje. W mitach ustanawiamy naszą granicę poznania. Poniżej tej granicy dyskusje uznajemy za zbędne. 

Mity potrafią się starzeć i przestają wtedy pasować do aktualnej rzeczywistości, wtedy dokonuje się ich dekonstrukcji czyli rozkłada na czynniki pierwsze, racjonalnie udowadnia ich bezpodstawność i wymienia na nowe. Nowe lepsze mity.

Gdańsk w swej złożonej historii wyprodukował takich mitów kilka, a trzy z nich są najlepiej udokumentowane i są to trzy rodzaje sławy, po którą Gdańsk sięgał i niejednokrotnie sięga. Ciekawym źródłem w zakresie badania gdańskich mitów na poziomie literatury i historii są prace Petera Olivera Loewa, a z kolei ich manifestacje na poziomie architektury i sztuk wizualnych znajdziemy opracowane m.in. u Jacka Friedricha. Polecam zajrzeć do ich książek, ja poniżej dokonam tylko skrótowej relacji z tego, jakimi drogami chodziła sława gdańszczan.

Kolejność myślę może być dowolna, zacznę od tego, który jest mi mentalnie odległy. Jest to mit Gdańska jako miasta rdzennie niemieckiego. Gdańsk to Gotten Schanze, germańska osada, która od zawsze broniła swej tożsamości przed napierającymi hordami słowian. To dzięki związkom z resztą świata niemieckiego, dzięki jego kulturze Gdańsk rozkwitł. Najlepszym potwierdzeniem tej wersji wydarzeń są czasy średniowieczne, gdy miasto przechodzi po długich latach zakusów książąt polskich pod władzę Zakonu Krzyżackiego. To wtedy Gdańsk osiągnął stabilizację gospodarczą, polityczną, rozkwitł jako ośrodek handlowy, siedziba wybitnego rzemiosła. 

Według tej narracji architektura – wspaniały gotyk, porządek prawny i kultura mogły zaistnieć tu tylko dzięki niemcom.

Czas mijał, dzieje nie zawsze układały się pomyślnie, Rzeczpospolita Obojga Narodów rozrzucała swoje macki na wszystkie strony, więc i Gdańsk został odłączony od macierzy, ale serce jego było niemieckie, czego dowodem język, którym mówili gdańszczanie – język niemiecki. 

Związki z Polską, które też były burzliwe, skończyły się w jedyny sposób, w jaki mogły się skończyć, czyli upadkiem, ale po okresie burzliwych perturbacji, kiedy Rzeczpospolita upadła, a w przypadkowy sposób próbowali swoje wpływy implementować nad Motławą Rosjanie czy Francuzi udało się Gdańskowi wrócić do macierzy. 

Nadszedł wiek XIX, w którym Danzig może nie był taki olśniewający, jak w epoce średniowiecza i renesansu, może stracił w stosunku do innych miast Europy, ale jego przynależność państwowa  i kulturowa nie pozostawiała żadnych wątpliwości.

Tak naprawdę, to właśnie wiek XIX był tym czasem, kiedy ten mit się ugruntował. Ówczesne związki z Królestwem Prus a później II Rzeszą pomogły się Gdańskowi podnieść z upadku i na początku XX wieku był stabilnym organizmem miejskim, którego mieszkańcy w przeważającej większości czuli się Niemcami. 

Wyraz tego znajdziemy w okresie międzywojennym, kiedy powstało Wolne Miasto Gdańsk uznawane za kolejny błąd sygnatariuszy Traktatu Wersalskiego, który należało naprawić. 

O ile mit niemieckości Gdańska swoje korzenie miał w wieku XIX to właśnie okres między dwiema wielkimi wojnami był tym czasem, kiedy stał się on głośny. Niemcy (zarówno ci mieszkający w Gdańsku, jak i ci centralni) dwoili i troili się, by ta narracja osiągnęła jak najszerszy rozgłos, by poinformować niedoinformowanych i przekonać nieprzekonanych, jak się sprawy gdańskie mają.

Upadek tego mitu przyszedł razem z końcem II wojny światowej. Wypadki są powszechnie znane, więc przytaczanie ich uznaję za zbędne. 

Wiosna 1945 roku to czas, kiedy najbardziej oczywisty argument za niemieckością Gdańska traci swoją moc – mieszkańcy miasta nad Motławą nie mówią już po niemiecku.
Mit niemieckiego Gdańska żyje jeszcze w ruchach ziomkowskich stworzonych przez osoby wygnane stąd przez wojska sowieckie i polską powojenną administrację, ale to już pieśń przeszłości.

Polacy mieli swój mit. 

Gdańsk to miasto od zawsze Polskie. Ba! Polski jeszcze nie było, a Gdańsk już był polski 🙂 🙂 

W naszej narodowej mitologii (mówię naszej, bo jak większość z Państwa jestem w niej zanurzony) nawet jeżeli nie jesteś gdańszczaninem, to poczujesz się tu swojsko między innymi dzięki słowom naszego wieszcza Adama Mickiewicz, który wspomina nasze miasto w kontekście miłym każdemu, czyli przy biesiadzie:

Pan Tadeusz, księga IV

Sędzia otworzył puzderko zamczyste,

W którym rzędami flaszek białe sterczą głowy;

Wybiera z nich największy kufel kryształowy

(Dostał go Sędzia w darze od księdza Robaka),

Wódka to gdańska, napój miły dla Polaka;

“Niech żyje! krzyknął Sędzia, w górę wznosząc flaszę,

Miasto Gdańsk, niegdyś nasze, będzie znowu nasze!”

I lał srebrzysty likwor w kolej, aż na końcu

Zaczęło złoto kapać i błyskać na słońcu.

Zapewne niemieckie słowo Goldwasser zepsuło by kordialne nastroje.

Polacy interpretowali te same wykopaliska, od których swoje opowieści zaczynali Niemcy na własną modłę. I na dzień dzisiejszy konsensus naukowy jest po stronie Słowian jako pierwszych mieszkańców rybackiej osady, z której powstał w późniejszym czasie gród zbudowany przez Mieszka. Tak też przyjęło się interpretować teraz pochodzenie nazwy Gdańsk. Pochodzić ma ona od rzeki Gdani, czyli dzisiejszej Motławy albo od słowa określającego w językach słowiańskich teren podmokły, bagno na którym wzniesiono miasto.

Czas średniowiecza to okres perturbacji związanych z zakusami zakonu krzyżackiego, żeby polskim książętom wyrwać port nad Bałtykiem. I choć w końcu się to stało, to jednak udało się Gdańskowi ponownie wrócić do macierzy w czasach Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Żywy związek z krajem zadecydował o charakterze miasta, jego rozwoju i potędze. Może i głównym językiem był tutaj niemiecki, ale ludzie wykształceni władali wtedy łaciną, a z kolei warstwy niższe, czyli większość, mówiła po polsku. Po polsku mówili też przybysze z głębi kraju – arystokracja, która dla gdańskiego patrycjatu była wzorem dobrobytu. A poza tym w portowej mieszance gwar i narzeczy nikomu nie przeszkadzało jakieś tam szprechanie.

Upadek Gdańska po szwedzkim potopie, to tylko epizod szerszego procesu narodowej polskiej traumy związanej z rozbiorami. Wiadomo przecież, jak gdańszczanie cierpieli, gdy polskiego króla zastąpił im pruski władca. 

Dopiero odrodzenie Polski stało się szansą na przywrócenie Gdańska do macierzy, ale tu na drodze stają nam interesy III Rzeszy, potem wojna no i wreszcie wyzwolenie.

Okres międzywojenny był dla mitu polskości gdańska szczególnie płodny jeżeli idzie o produkcję treści. Ludność polska w Gdańsku i gdańszczanie identyfikujący się z polskością byli w mniejszości, więc tym bardziej należało udowodnić swoje prawo do tego miejsca, bo taki był interes II Rzeczypospolitej. Maszyna propagandowa była rozpędzona, do walki o polskość Gdańska zostali zatrudnieni liczni ludzie pióra i sztuki. W tym okresie był to istny pojedynek, w którym Polacy i Niemcy wymieniali ciosy w postaci słów i obrazów. Niestety na aktach symbolicznych się nie skończyło i Polacy niezależnie od słuszności swojego mitu musieli poddać się przemocy silniejszego. Nastał czas, kiedy wrócił monopol na mity. Przez 6 lat germański, a potem nowy polski, choć zanurzony w tym starym polskim, to jednak dzięki nowej komunistycznej władzy już trochę inny.

Był jednak jeszcze mit trzeci. Już o nim wspominałem we wcześniejszych wystąpieniach. Było to mit ściśle gdański, w którym nie szuka się swojej tożsamości na zewnątrz, ale uznaje się odrębność tej kultury, stylu życia i relacji społecznych od zewnętrznych naleciałości. Jeśli miałbym wskazać jakieś przykłady, to akimi – gdańskimi kategoriami musieli myśleć obywatele miasta, gdy starali się w XV wieku zrzucić zależność od krzyżaków. Pewnie najwięcej znalazłoby się takich w czasach rozkwitu świetności miasta. Gdańsk nie potrzebował wtedy wsparcia z zewnątrz, chłonął wedle uznania atmosferę świata i kreślił własne plany. 

Zapewne przykładem przywiązania do gdańskości był gest Henryka Schopenhauera, ojca słynnego filozofa, który uznał przejście pod władzę Prus za koniec Gdańska, z jakim chce się identyfikować i sprzedawszy majątek emigruje razem z rodziną. 

Jacek Friedrich nazywał nawet ten gdański patriotyzm trzecim nacjonalizmem, jak wyrósł tu, obok dwóch pozostałych.

W bliskim związku z tak pojętą gdańskością pozostawał mit Gdańska wielokulturowego, który jest lansowany w czasach nam współczesnych. Głosi jakoby Gdańsk był tyglem kultur, które współistniały tutaj przez wieki, co decydowało o twórczym fermencie i tolerancyjnej postawie mieszkańców. Peter Oliver Loev zdecydowanie sprzeciwia się takiej wizji (podobnie zresztą, jak i dwóm poprzednim). Według niego historycznie patrząc nie było tu mowy o wielokulturowości. Nawet jeżeli mieliśmy do czynienia ze współistnieniem różnych wyznań, czy też razem z podróżnymi przypływały tu wielorakie nowinki, to kultura była raczej jedna i przeciętne przedwojenne polskie miast z liczną społecznością żydowską było bardziej wielokulturowe niż Gdańsk.

A jak jest dzisiaj? Czy żyjemy w mieście wielokulturowym, jak niektórzy próbują sławić? Myślę, że nie. Co nie znaczy, że nie potrafimy doceniać różnorodności poglądów, szanować innych sposobów życia czy z otwartymi ramionami przyjmować przybyszów z różnych stron świata. 

Na płocie Parku Oliwskiego trwa właśnie wystawa fotograficzna pokazująca gdańszczan pochodzących z różnych stron świata. Ale to jeszcze nie świadczy o różnorodności kultur, co najwyżej o tym, co powiedziałem przed chwilą.

Podobnie różnorodnością kulturową nie jest to, co wynika z badań socjologicznych na populacji gdańszczan, że mają ponadprzeciętną w skali Polski potrzebę swobody manifestowania własnych poglądów. Jesteśmy przywiązani do swojego zdania i chcemy móc o tym mówić. Każdy o swoim. I to bardzo dobrze, taka fama o gdańszczanach niech się niesie po świecie. 

Powiedziałem o trzech mitach, o trzech opowieściach, trzech słowach, trzech rodzajach sławienia Gdańska, jakie mogliśmy obserwować na przestrzeni jego historii. To że mity przychodzą i odchodzą, pokazuje, że nie są bytami samoistnymi i wymagają podtrzymywania w swoim trwaniu. Jeżeli zanikają to na ich miejsce wchodzą nowe. Przyroda nie znosi próżni, sława też nie. Sława to coś, co musi być mieć nośnik i w Gdańsku mamy ciekawy przykład tego sławienia jednej z narracji o tym mieście.

Mam na myśli Główne Miasto, a szczególnie jego część reprezentacyjną zwaną Drogą Królewską. Gdańsk po wojnie był jednym z najbardziej zniszczonych miast na terenach polskich. W gruzach legło 90% zabudowy centralnych dzielnic miasta, w związku z czym nowe władze stanęły wobec dylematu związanego z odbudową. Jeżeli myślą Państwo, że chodziło tylko o dylemat związany ogromem pracy, jaki był wymagany, gigantycznym kosztem i ilością materiałów, to zdziwią się Państwo, bo kluczowy dylemat brzmiał jak odbudowywać, a nawet czy w ogóle to robić.

Stojąc na gruzach 1000 letniego miasta komunistyczni decydenci zaczęli się zastanawiać, jaką sławę powinnien głosić nowy Gdańsk. Co po przekroczeniu bram miasta mają myśleć o nim odwiedzający? Puszczam wodzę wyobraźni i partyjni komisarze jawią mi się trochę jak XVII-wieczni zleceniodawcy Złotej Bramy. Co mamy światu do powiedzenia?

Koncepcje powstały trzy. Trzy wizje sławy tego miejsca. 

Pierwsza: odbudujmy Gdańsk taki, jaki był, niech dalej błyszczy swoim blaskiem.

Druga: zbudujmy Gdańsk na nowo, niech stare odejdzie w niebyt, dla nowego świata potrzebujemy nowych form, więc niech będzie tu nowocześnie.

A trzecia była jeszcze bardziej rewolucyjna: zostawmy jak jest — niech morze ruin będzie ostrzeżeniem dla przyszłych pokoleń, niech będzie muzeum wojny, które będzie przerażać swoim ogromem i zniechęcać ludzi do zwracania się przeciw sobie.

Trzeba przyznać, że śmiała to wizja nota bene taką funkcję do niedawna pełniła Wyspa Spichrzów, która długo czekała na odbudowę, ale mimo tego nieistniejącego już wyjątku trzecia wizja nie została zrealizowana. Znają Państwo Gdańsk współczesny, więc zapewne myślicie, że wygrała wizja pierwsza. A jednak pozory mylą. Odbudowane Główne Miasto miało sławić projekt ideowy bliski mitowi o odwiecznej polskości Gdańska i dlatego to, co doszło do skutku to wariant pośredni między opcją pierwszą a drugą. Patriotyczny w treści a gdański w formie, albo jakoś tak. Powstała wspaniała atrapa dawnego Gdańska, nieuprzedzony obserwator nie zauważy różnicy, szczególnie, że przyjemny efekt nie skłania do szukania prawdy pod podszewką Sławy.

W ramach odbudowy zadbano, by w wyglądzie fasad ulic Głównego Miasta nie pojawiały się elementy estetyczne, które mogłyby się kojarzyć z kulturą niemiecką. Nawet typowy dla Gdańska wpływ renesansowej sztuki niderlandzkiej został zmarginalizowany, a zamiast niej pojawiły się elementy znane z renesansu włoskiego. W motywach malarskich pojawiły się wątki polskie np. wizerunki Kopernika czy Kochanowskiego. Twórcy generalnie wiedzieli, czego od nich wymaga Fama i się do tego spontanicznie stosowali, a komunistyczna prasa przekonywała, że artyści zachowują w swych dekoracjach “wierny historycznie charakter”. 

Józefa Wnukowa, jedna z autorek motywów pojawiających się na odbudowywanych kamienicach tak podsumowała to po latach:

“chodziło o stworzenie pozorów bogatej warstwy kulturowej, która – choć nigdy taka nie była – mogłaby w Gdańsku być.”

Tu jeszcze raz przytoczę motto przypisywane Sławie ze Złotej Bramy: “Miażdżę kłamliwe języki i dzięki chwalebnym czynom w ojczyzny obronie wznoszę do gwiazd niezniszczalne imię.” 

myślę, że zestawienie tych dwóch cytatów daje do myślenia.

Przeinaczenie w trakcie odbudowy nie ominęło również naszej dzisiejszej bohaterki – Sławy ze Złotej Bramy. Choć cały zabytek został odtworzony z dużą pieczołowitością, to w przypadku tej figury zdarzyła się rzecz, której wyjaśnienia nie znalazłem w literaturze. Jak powiedziałem na początku Fama lewą stopą miażdży Zawiść pod postacią szpetnej kobiety z maską. Na odnowionej rzeźbie zamiast tego wizerunku mamy twarz brodatego mężczyzny, której wymowa jest nieokreślona. Może chodziło tylko o efekt estetyczny. Stojąca po drugiej stronie Bramy rzeźba Pokoju ma pod stopą wojownika, więc dla równowagi wizualnej dano przy przeciwległym brzegu budynku również męską twarz. Ale nijak się to ma do wymowy przedstawienia alegorycznego. Ta zagadka jeszcze musi poczekać na swoje wyjaśnienie.

Zwróćmy jeszcze uwagę na ten motyw maski, której w rekonstrukcji zabrakło. Ostrzega nas ona przed niebezpieczeństwem, jakie pociąga za sobą Sława. 

Fama świadomość bycia na widoku, na świeczniku sprawia, że może stać się celem samym w sobie, uzależnieniem i skłaniać nas do zatraty tożsamości, do przybierania póz obcych, sztucznych. Tak odbierać można próby przypisywania sobie sławy, która raczej nie ma z nami nic wspólnego. Tak odbieram np. opowieści o Arturze Schopenhauerze jako o gdańskim filozofie. Albo określanie Daniela Fahrenheita jako gdańskiego naukowca. Owszem, rodziny obu z nich pochodziły z tego miasta, ale jest to nić zbyt wątła, żeby na niej zawiesić sławę. Może się łatwo urwać. Szczególnie że Gdańsk ma się czym pochwalić na tym polu w sposób niewątpliwy. Weźmy postaci dwóch noblistów związanych z Gdańskiem. Są to przykłady o tyle ciekawe, o ile pokazują nam zarazem przykład sławy zasłużonej, jak i również pułapki, jakie kryje złożoność życia przed sławą. Obaj oprócz zasług mają w życiowym bilansie poważne problemy, które próbowano przeciwko nim i miastu, które się nimi szczyci zwrócić. Ewidentnie w naturze Sławy leżą cienie i blaski

 Podobnie jest z faktami historycznymi, nie tylko z ludźmi. Gdańsk miał to szczęście i nieszczęście zarazem odgrywać istotną rolę w wielu ważnych momentach historycznych. Jednym z haseł kampanii sławiących Gdańsk było niedawno zdanie “Zaczęło się w Gdańsku”. Niesie pozytywne skojarzenia, jeżeli pomyślimy o opozycji wobec władz komunistycznych i narodzinach Solidarności, ale druga strona medalu każe pomyśleć o początku II wojny światowej. Ale może to dobrze, że taka Sława nie daje nam prostych wskazówek i zmusza do refleksji, może dzięki temu traci wspomniany wymiar, który buduje tylko na popularności i każe nam przemyśleć naszą aktualną sytuację.

Tak wygląda sytuacja, kiedy patrzymy w przeszłość. Sława gdańska miała niejedno imię i nieraz zwiodła jej piewców na manowce. A jak wygląda nasza aktualna Fama. Czym Gdańsk chce się szczycić jako zbiorowość?

Możemy zajrzeć do oficjalnych dokumentów miejskich, do tego co robią tutejsze organizacje pozarządowe, np. możemy się pod tym kątem przyjrzeć tej inicjatywie. Ja działając w imieniu Stowarzyszenia PROM Kultura i sponsora jakim jest Miasto Gdańsk sławię Gdańsk i jego wartości.

Ale pomyślałem sobie, że możemy zastanowić się np. jakie inwestycje są sławione, albo czego rangę podkreślamy nadając imiona cenionych postaci. I tak z bardziej aktualnych mamy w Gdańsku aleje Vaclava Havla, Pawła Adamowicza, Macieja Płażyńskiego i tunel im. Tadeusza Gocłowskiego. Nadajemy imiona postaci historycznych tramwajom. Widać infrastruktura transportowa jest ważnym elementem famy Gdańska. Możemy ubolewać, że to takie przyziemne, że nie mamy tramwaju imienia zgody, ulicy Dialogu, ale mamy przynajmniej Plac Solidarności. Jednak myślę, że to ważny i dobry zwrot  w myśleniu o sławie miasta. Gdańsk jest od kilkunastu lat w sposób konsekwentny sławiony nie tylko jako miejsce o wspaniałej przeszłości, ale również jako miejsce zdatne do dobrego życia tu i teraz. Nic wielkiego, ot komfort i życzmy sobie, żeby taka sława była nam potrzebna jak najdłużej, bo to świadczy, że nasze życie przebiega w świecie stabilnym i bezpiecznym. Bo kiedy Sława uderza w wysokie tony, to znaczy że zbliżamy się do kolejnego zakrętu historii.

A wbrew pozorom chyba wszyscy marzymy, żebyśmy największym zmartwieniem, jakie możemy mieć, to wybór parku na niedzielny spacer. 

Czy będzie nam to wreszcie dane? W roku 2020 nie jest lekko, więc życzę Państwu i sobie, byśmy jak najszybciej wrócili do takiej sytuacji, w której będziemy mogli swobodnie sławić proste przyjemności, a na dysputy filozoficzne umawiać się bezpośrednio, a nie tylko przez internet. 

Tymczasem dziękuję za wspólnie spędzony czas. Zapraszam do oglądania kolejnych odcinków i dzielenia się wrażeniami w komentarzach. 

Wzorem bardziej doświadczonych YouTuberów zachęcam do subskrypcji kanału PROM Kultura, dzięki czemu nie przegapią Państwo kolejnych nagrań. 

Komentarzami mogą Państwo podzielić się z nami również na fejsbuku lub wysłać do nas maila, adres znajduje się na stronie internetowej promkultura.org

Do zobaczenia